czwartek, 5 kwietnia 2001

Rajdowe Samochodowe Mistrzostwa Polski 2001 - Rajd Elmot

Jako, że opowieść o tym rajdzie jest z serii tych, które można będzie opowiadać kiedyś wnukom, siedząc wygodnie przy kominku, postanowiłem ją tu wykorzystać, choć nie jest stricte mojego autorstwa. Napisał ją Rafał Roguski z zamiarem publikacji w Informatorze Rajdowym, wydawanym z okazji jednego ze Studenckich Rajdów Samochodowych. Ale jako że brałem w tej eskapadzie (bo jak inaczej to nazwać?) udział myślę, że nie będzie mi miał tego za złe jak ją tu z drobnymi korektami zamieszczę.

Początek kwietnia 2001 roku ... W pamięci mamy jeszcze podróż na Rajd Zimowy, co tu dużo kryć udaną, bo wróciliśmy tym, czym wyjechaliśmy - moim Fiatem 126 p, wówczas piętnastoletnim. Był to nie lada wyczyn, zważywszy na termin rozgrywania imprezy - zima, rodzaj zastosowanego w aucie ogumienia - pamiętające duuużo lepsze czasy letnie opony, komplet pasażerów na pokładzie - 4 szt i ogólny słaby stan techniczny mojego bordowego bolidu. Ale pomimo ciasnoty, przeraźliwego zimna, okresowych braków ciśnienia oleju w silniku, objechaliśmy cały rajd (czasami tylko powodując za nami kilkusetmetrowe korki...;) i w drodze do domu odwiedziliśmy nawet miejsce wypadku Mariana Bublewicza (jazda z zamarzniętą szybą, po lodzie, na wyrobach oponopodobnych). Po tym wszystkim biedactwo trochę się nadwerężyło i uparło, że na Elmot za cholerę nie pojedzie. A, jako że o auto zawsze dbałem, bo miałem do niego sentyment, dałem mu święty spokój.
Plany na Elmot od samego początku zakładały więc coś większego i w błędzie są Ci, którzy pomyśleli teraz np. o Fiacie Punto. Ktoś rzucił hasło - "Jedziemy pociągiem!" - ktoś odpowiedział - "Jasne!" - i to chyba był Rafał, bo wcześniej już nieraz korzystał z owego środka transportu, chcąc zobaczyć pędzące samochody rajdowe. Rzut oka na prognozę pogody, ale co tam deszcz, to nie żużel, więc nie odwołają. Rafał do dziś jest wdzięczny mojej mamie za kurtkę przeciwdeszczową, którą mu wtedy pożyczyła - a sam mówi, że na początku wziąć jej nie chciał! Sobota, 4 rano. Zbiórka na dworcu. Miasto śpi, my nie. Pełna gotowość i dziwny nastrój, spowodowany rozkładem jazdy, między pociągiem a PKS-em ze Świdnicy do Zagórza tylko 2min odstępu. Phe, drobiazg. Jak nie zdążymy, to guzik z oglądania drugiego przejazdu Lubachowa. Siedzimy w przedziale, wszyscy oprócz mnie otwierają notatki i pada hasło - uczymy się. Pojutrze chłopaki bronią bowiem swoich prac dyplomowych, a ich aktualna wiedza, jak ilość pasażerów, niewielka. Ale po chwili zapał do nauki drastycznie spada i pada pomysł ucięcia małej drzemki. "zgoda" odpowiadamy wszyscy chórem i jak jeden mąż kładziemy się spać - "W Nysie zaczniemy się uczyć". Godzinę po Nysie Rafał prowadził w rankingu, bo przeczytał 3 strony, ze swojej pracy, został jednak zdyskwalifikowany, po przyznaniu się, że dwie poprzednie to spis treści. Gdy dojeżdżaliśmy do Świdnicy w przedziale doszło do małej demolki, ponieważ Rafał był w 100% przekonany, że podręczny stolik podróżny, który nie zarwał się pod moim ciężarem, nie zarwie się także pod jego, wszak był trochę lżejszy. A jednak. Nieco zmieszani całą sytuacją odłożyliśmy stolik pod siedzenie, opuściliśmy przedział, narzekając na niską jakość wagonów produkowanych w Polsce. Po stwierdzeniu, że nasz autobus odjechał w siną dal jakąś minutkę temu, zaczęliśmy również narzekać na niską jakość usług oferowanych przez PKP, mając na myśli punktualność. Ale, jako że dworce PKP i PKS w Świdnicy blisko, to z jednego doskonale widać to co odjeżdża z drugiego. Patrzymy, a na zamkniętym na cześć naszego pociągu przejeździe stoi Autosan. Z zatrzymującego się na peronie żelastwa wyskoczyłem jako pierwszy i pognałem w kierunku przejazdu. Po chwili zza autobusu chłopaki usłyszeli donośny okrzyk "Do Zagóóórzaaaaa!" Minęła chwilka i autobus zdobyty. Kierowca przebąkiwał coś o tym, że wsiada się ma przystankach, a nie w biegu, wiec został skontrowany "Cztery do Lubachowa, na rajd jedziemy!". Wysiedliśmy z autobusu i idziemy na oes. Pamiętając, że odcinki są płatne perspektywa uszczuplenia budżetu blisko, wyciągamy portfele i ... nie płacimy, bo nikt nam nie kazał. Leje jak z cebra, więc chyba zwinęli posterunek. Ktoś po raz pierwszy wspomniał coś o szczęściu, które nam towarzyszy, ale nie chwal dnia przed zachodem słońca (jakiego słońca ???). Chwile potem Tomek doznał olśnienia - "Zaleje mi pracę dyplomową!' a jest luzak, bo jako jedyny wziął pięknie oprawiony oryginał, który w poniedziałek miał znaleźć się na biurku szacownej komisji. Za 10 minut praca wyglądała jak mumia, a my nie mogliśmy wyjść z podziwu na cholerę każdemu z nas tyle zbędnych worków. Nareszcie odcinek. Stoimy na drugiej patelni, na Rafała parasol co jakiś czas spada błoto "zupełnie przypadkiem" wydostające się spod moich butów, jako że stoję na górze skarpy. Rafał stwierdza, że to w sumie nic, w końcu lepsze to niż żebym cały spadł bo swoje ważę, a skarpa śliska. Oglądamy czołówkę i ruszamy dalej.
Rafko prowadzi z Michałem naszą stawkę, mija sporą kałużę i dodaje od niechcenia "Ale tu musi chlapać". Generalnie, niemal natychmiast zostaje przykryty ścianą wody ... Mój spontaniczny śmiech było chyba słychać po drugiej stronie jeziora Bystrzyckiego. Ale mimo, że najbardziej poszkodowany, Rafał też się śmieje. Idziemy w głąb Michałkowej.
Niemiłosiernie zimno, na wzniesieniach chyba poniżej zera, mokro, głód doskwiera, natura wzywa, nastrój, co tu dużo mówić "siadł". Stop. Nie idziemy do Glinna, wracamy na wyjście z lasku. Rafał robię głupawą rzecz, wchodzi do strumyczka, stoi na dwóch kamieniach by zrobić zdjęcie z poziomu drogi. Po przejeździe Kuzaja, wychodzi jednak zeń i ucieka stamtąd gdzie pieprz rośnie. Jakby był tam do Steca, to mógłby już sam nie wyjść. Ale zdjęcie wyszło niezłe! Idąc dalej mijamy sympatyczną załogę Skody Favorit, podróżujących na gazie. W sensie LPG;)
Koniec dnia to wypadek Cinquecento Kobosa. Widzimy to z pierwszej ręki - stojąc jakieś 20 metrów dalej. Dobrze, że nie doszliśmy jeszcze do tego feralnego drzewa, bo wchodzi ono do środka auta, narusza konstrukcję klatki, kierowca zostaje uwięziony w samochodzie.
Znamy to z historii i wiemy, że nie wróży nic dobrego. Nieco podłamani i pełni obaw co do konsekwencji wypadku idziemy do schroniska w centrum Zagórza. Po drodze mijamy Punto kit-car Damiana Jurczaka, stojące na trzech kołach - nietypowy obrazek. Nad czwartym, leżącym na środku drogi, medytowali włoscy serwisanci.
Ryszard Ciupka wyjaśnił, że to nie wina załogi, bo w nic nie palnęli, a urwany element zaskoczył ich równie potężnie, w momencie, gdy ujrzeli go przez przednią szybę, jak poruszał się szybciej od auta, z którym do niedawna tworzył wspólna całość.
Po obejściu Góry Zamkowej jesteśmy już mocno zmęczeni. Najtańszy nocleg nie rozczarowuje . Mamy, co najważniejsze działające kaloryfery, w przeciwieństwie do pensjonatu obok! Zatem nazajutrz my byliśmy susi, a oni nie...
Z okna doskonale widać odcinek, więc idziemy wyżej do Niedźwiedzic. Nawet przestało padać !!! Jesteśmy. Michał z Tomkiem wdrapali się na bramę cmentarną, po chwili wyglądali jak posągi strzegące obiektu, którego spokój niebawem miał naruszyć głośny ryk silników. Dobrze , że nie spadli, bo trzeba byłoby ich strzec. My z Rafałem rozstawiliśmy się po obu stronach drogi w znacznej odległości od siebie. Poniżej spostrzeżenie Rafała po jednym z moich wyczynów: "Wojtek zakpił sobie w żywe oczy z polskiej Policji. Zmieniając obiektyw, powiesił na funkcjonariuszu wszystkie rzeczy przeszkadzające mu w tej czynności: kurtkę, plecak, torbę fotograficzną tłumacząc się brudnym podłożem. Stwierdziłem że niebieska choinka wygląda całkiem przyzwoicie, tylko na górze zamiast aniołka ma orzełka". Tak było... Piękne czasy;)
Pod koniec odcinka, po przejeździe pucharowych Peugeotów, zaświtała Rafałowi w głowie myśl, że zrobi zdjęcie Pluchy na tle panoramy Zagórza. Nasłuchując, czy nie nadjeżdża, podążył w dół oesu. Jakież było jego zdziwienie, gdy 100m przed celem, minęła go bezszelestnie czerwona Tavria .... Wysprzęglił, czy co ??? Staczał się swobodnie, czy co ??? To jest rajd, czy co ??? No, już koniec krytyki, wszystkich nas w końcu zadziwił... Wracamy tam skąd wyszliśmy.
Przed drugą pętlą Rafał - jako organizator wyjazdu i "opiekun rozkładu jazdy" zadzwonił na informację, czy PKS, którym mieliśmy dotrzeć do Świdnicy pojedzie, bo rajd jest, a droga jedna i na niej oes. Pan po drugiej stronie słuchawki, oburzony, że śmie wątpić w poważną firmę trudniącą się przewozem pasażerów zapewnia, że jego autobusy, jak środek czyszczący Cif, dotrą wszędzie. No to git. Powrót mamy zapewniony. Na oglądarce spotykamy jeszcze Kasię Uszok, która wręcza nam nadmiar identyfikatorów zespołu Adama Pola. No i jak zwykle kupa śmiechu, bo ja dostałem plakietkę "Członek zespołu", a Rafał ... "Mechanik".

Po przejeździe wszystkich załóg, ponowny telefon do uprzejmego pana z informacji PKS, i tym razem informacja, że autobus utknął w korku i tyle go zobaczymy. Do ostatniego pociągu godzina i jak na niego nie zdążymy, to o obronie prac dyplomowych następnego dnia chłopaki mogą tylko pomarzyć. Drobiazg. Przez chwilę porozumiewamy się słowami, powszechnie uznawanymi za obelżywe i wulgarne, by w końcu padł pomysł - "Łapmy stopa ku...". Odpowiedzialny za transport Tomek, ledwie podniósł rękę, a już stała przy nas Mazda 323 z czterema miejscami wolnymi. Cud jakiś czy co ? Kierowca nie obawiał się nawet za bardzo zabrać na pokład czterech wcale nie wątłych kolesi. Podczas rozmowy okazało się dlaczego - był policjantem:) Niezwykle wdzięczni kierowcy, wysiadamy pod dworcem PKP. Mamy jeszcze trochę czasu, więc idziemy na metę. Pan w bramie patrzy na nas cokolwiek dziwnie, bo gość z identyfikatorem "Mechanik", wielkim plecakiem i torbą fotograficzną to widok nieczęsty, a co dopiero dwóch takich. Ale właśnie pokonaliśmy z Rafałem kolejny punkt poboru opłat gratis, co cieszy.
Później zmiana, członek zespołu to Tomek, a mechanik - Michał.
Niestety, czas leci nieubłaganie. Z przykrością żegnamy Świdnicę, do której zawsze chętnie wracamy i wsiadamy do pociągu. Michał wsiadł pierwszy, wybrał wagon i wszedł do przedziału. Po chwili wyszedł czerwony i zalany łzami ze śmiechu. W ręce trzymał stolik, który wyciągnął spod siedzenia.... Żeby po dwóch dniach wejść do tego samego pociągu, wagonu, a następnie przedziału !?! To nie jest normalne .... Ale przytrafiło się właśnie nam na legendarnym już Elmocie AD2001. Oczywiście naukę chłopaki odłożyli do Nysy, twierdząc, że przy takim szczęściu.... Nie mylili się. Poszło jak po maśle. W dodatku wiele wykonanych przez nas zdjęć ukazało się w prasie, co stanowiło ukoronowanie tej, dla nas niezapomnianej, przygody.

Na następnym Elmocie również było wesoło. Ale to już zupełnie inna historia....

niedziela, 1 kwietnia 2001

Wiosenny Studencki Rajd Samochodowy

Wiosenny Studencki Rajd Samochodowy miał się odbyć na... wiosnę;) Ze względu na datę - 1 kwietnia niektórzy myśleli że to żart ale to było jak najbardziej na serio.

(PS: czy ktoś wie gdzie się podział ten baner po jednym z rajdów???)
Idąc za ciosem chcieliśmy też żeby było jeszcze lepiej, jeszcze ciekawiej, z jeszcze większą pompą. Trzeba tylko było znaleźć jakieś ciekawe miejsca, w których można by rozegrać próby sportowe. I to takie z prawdziwego zdarzenia a nie znaną z KJS-ów "pachołkolandię". Przez głowy organizatorów przelatywały różne pomysły, aż w końcu jeden z nich wylądował... na lotnisku. Po kilku wizytach w dyrekcji Aeroklubu Gliwickiego, było już wiadomo, że jedna z prób WSRS-a odbędzie się u podnóża tamtejszego hangaru.

Tylko czy znajdą się chętni na udział w rajdzie? Głupie pytanie! No ba, jasne, że się znajdą!!! Informacje o rajdzie studenckim rozniosły się szybko po całym kraju i już na drugą imprezę zjechało kilkadziesiąt załóg z różnych zakątków Polski. Wśród zaproszonych gości, a zarazem zawodników, był Redaktor TVP3 - Janusz Tychy,

który nikomu nie pozostawił złudzeń i niepozornym Seatem objechał wszystkich zawodników, zgarnąwszy tym samym największy puchar, który otrzymał z rąk J.M. Rektora Politechniki Śląskiej.

Poza lotniskiem, rozegrane jeszcze były próby w okolicach Ośrodka Sportu i oczywiście niezastąpiony "OSIR" tak, że jazdy było całkiem sporo!

Lotnisko zaś cieszyło się wielkim uznaniem zawodników, ze względu na długość próby i jej charakter. Wśród startujących załóg, kolejne parę nazwisk, które to już na stałe wpisały się w poczet członków Sekcji Rajdowej (nie mylić z Sektą Radiową!!!;)
Jacek Spentany z Przemkiem Bekiem (byli o włos od zwycięstwa w rajdzie - zabrakło 0,1 pkt!)

Człowiek, któremu żadna awaria nie straszna (np. niespodziewana wymiana głowicy w Maluchu Grześka na stacji Statoil, czy reanimacja mojego strucla w nocy pod nocnym klubem w czasie powrotu z Czech) i który potrafił w czasie jazdy rajdowym Maluchem zjeść pół pieczonego kurczaka i jeszcze nie dostać za to mandatu;) - Michał Mazur

Tomek Iwanciów - właściciel sekcyjnej maskotki, dalmatyńczyka - Tiny

Radek "Kacza" Porębski - tu próbujący okiełznać rozjeżdżające się na każdą stronę świata koła w PF126p

Tomek Cecot - "bokiem do przodu" - człowiek na którego zawsze można było liczyć, który frajdę z jazdy RWD, przebooki, bączki itp stawiał ponad walkę o ułamki sekund!

czy wielokrotni uczestnicy późniejszych edycji rajdu: Marcin Wolski i Marcin Sowa w wypasionych Maluchach, bracia Mikulscy, KuRcZaK:

Jak dobrze pamiętam (tu jak zwykle - jeśli coś poplątałem to poproszę o stosowny komentarz) to w okolicach przedrajdowych przyłączają się jeszcze do naszej paczki Marcin "Rubik" Łyda i Andrzej "Zygi" Zygmunt. Sam rajd przebiegał zaś w znakomitej atmosferze, myślę, że wszyscy dobrze się bawili. Co prawda przytrafił się jeden dzwon, ale poza stratami w metalu, nic nikomu się nie stało!

Podobnie jak przy okazji pierwszej studenckiej imprezy, i tym razem przygotowany został informator, z najważniejszymi informacjami o rajdzie, kilkoma rajdowymi newsami i relacją z poprzedniej edycji.

Podczas całej imprezy pogoda dopisała (co w sumie zostało już wyznacznikiem SRS-ów - pogodę zawsze mieliśmy jak na zamówienie!) licznie zgromadzeni kibice też. Imprezę swoją obecnością uświetnili Leszek Kuzaj i Artur Skorupa, chętnie odpowiadający na wszelkie pytania kibiców i rozdający dziesiątki autografów.

Z resztą, nie byłbym sobą, gdybym sam nie poprosił Kuziego o autograf w jedynym słusznym miejscu - na moim aucie:)

Co prawda, prosząc go o to język mi się trochę poplątał, z czego potem jeszcze wielokrotnie mieliśmy wszyscy sporo ubawu, ale najwyraźniej Kuziemu moja wpadka też się spodobała i w "nagrodę" dostałem rajdowy polar jego zespołu:)
Na zakończenie imprezy jeszcze tylko uroczyste rozdanie nagród, w którym przy pełnych trybunach hali sportowej Ośrodka Sportu,

obok zaproszonych gości, uczestniczyli JM Rektor Politechniki Śląskiej Prof. dr hab. inż. Bolesław Pochopień, oraz Pan Dyrektor Ośrodka Sportu, dr Krzysztof Czapla.

I tak się zakończył dzień pełen wrażeń. Zawodnicy z nagrodami i pucharami porozjeżdżali się w swoje strony, a my po zrobieniu pamiątkowego zdjęcia...

...zabraliśmy się za sprzątanie po imprezie. Do pozbierania zostało bowiem mnóstwo porozwieszanych taśm zabezpieczających i ogromna sterta opon, wytyczających trasę na lotnisku. Ale jako zaradni studenci i na to znaleźliśmy sposób i z drobną pomocą Jacka Skodziny, praca poszła jak po maśle;)

sobota, 28 października 2000

Sprawnościowa Jazda Samochodem

Początek roku akademickiego AD2000. Na wydziałach porozwieszane plakaty zapraszające na S(p)rawnościową Jazdę Samochodem o Puchar J.M Rektora Politechniki Śląskiej. Ciekawa rzecz, pomyślałem… Ciekawe co to będzie i kto to organizuje. Na plakacie znajduję też informację o powołanej w tym celu Sekcji Sportów Samochodowych działającej przy Ośrodku Sportu tejże uczelni.
By zostać członkiem Sekcji nie trzeba nawet być studentem. Wiek też nie ma żadnego znaczenia. Nie trzeba się zapisywać, ani opłacać składek członkowskich - trzeba po prostu przyjść we wskazane miejsce o określonym czasie. Cotygodniowa frekwencja nie jest wymagana, przychodzisz kiedy chcesz i na jak długo chcesz. Wskazane jest zamiłowanie do sportu motorowego we wszelakiej postaci. Możesz przyjechać autem lub autobusem. Rowerem albo i na drzwiach od stodoły. Przyjdź z żoną, matką, kochanką. Weź ze sobą psa, kota czy chomika. Whatever...
Postanawiam pójść na spotkanie inauguracyjne i dowiedzieć się o co w tym wszystkim chodzi. Na miejscu, w salce konferencyjnej Ośrodka Sportu, tłum ludzi, nie ma wręcz gdzie siąść. Na czołowym miejscu siedzą dwie młode Panie. Jakieś nowe nauczycielki i to interesujące się rajdami? Aż nie chce się wierzyć... Ale to jednak prawda. Tyle, że okazuje się, że owe Panie są po "naszej stronie". Są bowiem studentkami Wydziału Architektury. To Kasia i Gosia. Takich trzech jak te dwie to nie ma ani jednej, chciało by się rzec. Albo sypiąc już przysłowiami - gdzie Diabeł nie może, tam te dwie bab... yyy kobity się znaczy pośle;) Ale do rzeczy.

(zdjęcie zrobione po kilku latach od powstania Sekcji - wcześniej w tle stałyby same Maluchy;)
Na pierwszym spotkaniu było może trochę chaotycznie, ale z każdym następnym mityngiem już było tylko lepiej. Co tydzień spotykaliśmy się o tej samej porze w tym samym miejscu i rozmawialiśmy godzinami o tym samym. O rajdach;) Założycielki sekcji wraz z Łukaszem Kwaśniewskim, krzątały się jak w ukropie załatwiając milion spraw związanych z organizacją rajdu. Wydawało się, że wiedzą co robią. I tak też w istocie było. 28 października 2000 odbył się pierwszy rajd - Sprawnościowa Jazda Samochodem. Wśród 31 zgłoszonych załóg, byłem i ja w moim bordowym bolidzie. Na prawym krześle usadowił się zaś mój kumpel ze studiów Marek. I tak z bojowym nastawieniem przystąpiliśmy do rywalizacji.
Rajd ten był dla wielu ludzi przełomową imprezą. Dla mnie - był to pierwszy start za kierownicą. Dla wielu zarażonych rajdową chorobą Gliwiczan (i nie tylko) była to znakomita okazja do poznania się - przyjaźnie wtedy zawiązane przetrwały do dziś i nic nie wskazuje na to żeby się miały kiedykolwiek skończyć! Dla organizatorek - był to sygnał, że impreza tego typu jest bardzo w Gliwicach potrzebna i że jak się chce to się da takie cuś zorganizować. No i dla wszystkich pozostałych, choć to była pierwsza tego typu impreza, zgromadzonych kibiców było całkiem sporo - widać nie tylko piłką nożną można się w naszym mieście interesować... SJS z założenia miał mieć bardzo przyjazną atmosferę. Rywalizacja na trasie jak najbardziej, ale dobra (z naciskiem wręcz na świetna) zabawa ponad wszystko! Dla studentów przewidziane były zniżki na wpisowe a na każdego ze startujących czekały poczęstunek i liczne atrakcje. Wydany też został informator z kilkoma istotnymi informacjami na temat imprezy:
Z zaproszonych gości, którzy zaszczycili imprezę swoją obecnością, można zaś wymienić m.in. Roberta Herbę, Roberta Gryczyńskiego czy Tadeusza Burkackiego.
A sama rywalizacja? No cóż. Wszystkim tęgie lanie spuściło trio: Kajto, Piękna i Bestia (czyt: przyszły rajdowy Mistrz Polski - Kajetan Kajetanowicz, jego przyszła małżonka Aleksandra i ich piekielnie szybki Maluch).
Zaś pierwszym (historycznym) zawodnikiem, który wyruszył na trasę pierwszego (historycznego) Rajdu Studenckiego był Patryk Olejniczak (pilot Adama Pola w Rajdowym Pucharze Seicento)
W zawodach brali też udział ludzie stanowiący później prawdziwy trzon Sekcji, m.in. Grzesiek (jeszcze wtedy) Gamrat, na (jeszcze wtedy) Favoritce;) ze swoją przyszłą małżonką Dominiką
Grzesiek Pruchnicki z Rafałem Roguskim w prawie-Ferrari 126p ;P

Jacek Kościelny

czy jako pilot Adama D. - Jacek Karmiński, którzy zmuszeni byli wycofać się z zawodów ze względu na delikatną niedyspozycję "umysłowego" załogi. Kac-gigant + kręcioł w Maluchu, nie są jak się okazuje dobrym połączeniem...;)
Ja zaś zająłem 1 miejsce w... drugiej dziesiątce zawodników;) Jak na padlinę którą startowałem (okazało się, że jedna ze szklanek była dziurawa a popychacz starł prawie całą krzywkę na wałku rozrządu-stąd luz zaworowy jak diabli i lekka zadyszka silnika) całkiem nieźle.
A w poniedziałek po tak udanym weekendzie, na poranne ćwiczenia z-czegoś-tam, mój pilot przyniósł mi świeże wydanie Dziennika Zachodniego, gdzie na okładce była informacja o tej nowatorskiej imprezie. A co ważniejsze ze zdjęciem mojego bolidu w wielkim stylu pokonującego kałużę. Moje bordo cudo na okładce gazety!!!:) Czy można oczekiwać więcej od rajdowego debiutu???
Cały dzień chodziłem z głową w chmurach (sytuacja ta powtórzyła się jeszcze kilka miesięcy później, kiedy to w styczniowym numerze nieistniejącego już "Rajdowca" pojawiła się relacja z SJS-a pióra Rafała R.) i nie mogłem się już doczekać kolejnej takiej imprezy.
Po południu tego samego dnia kolejne spotkanie sekcji i na żywo przeżywanie tego co się w sobotę działo. I już po naszych głowach zaczęły krążyć myśli o tym co zrobić na następnej imprezie. A ta miała być już na wiosnę. W ogóle SRS-y - jak później nazwane zostały nasze rajdy, miały się odbywać dwa razy do roku, na wiosnę i jesienią. W tak zwanym międzyczasie oczywiście też nie próżnowaliśmy i licznymi ekipami jeździliśmy na wszelkie imprezy rajdowe w bliższej i dalszej okolicy. A gdy tylko nastała zima a drogowcy spali sobie smacznie w swoich kwaterach, my na jedno hasło (zazwyczaj: Radan, Jaśkowice itp;) zbieraliśmy się licznie na małym upalanku. Zresztą zajęcia sekcyjne często opuszczały mury Nowej Hali Ośrodka Sportu. W lecie okupowaliśmy do późnych godzin parking przed halą, a w zimie do upadłego upalaliśmy ulubione miejsca. Tak czy siak zabawa i towarzystwo zawsze było przednie!

tak dla niepoznaki wszystkie imiona w powyższym opisie nie zostały zmienione...;)