sobota, 2 grudnia 2006

Słomczyn Gillette - Co-drive z Michałem Kościuszko na torze rallycrossowym

Na początku listopada zadzwonił telefon. Przywitała się jakaś pani i spytała czy ja to ja. Potwierdziłem i w odpowiedzi usłyszałem, że zostałem laureatem konkursu. Ja no to, że fajnie i że się cieszę. Tylko u licha jakiego konkursu??? Pani szybko się zreflektowała, że nie wiem o czym rozmawiam i zaczęła mi wyjaśniać. Okazało się, że kiedyś (chyba z nudów) wysłałem sms-a na jakiś konkurs z gazety. Konkurs sponsorowany przez Gillette. I ja - żywa reklama produktów do golenia, z zawsze zarośniętym pyskiem, zostałem jednym ze zwycięzców;) OK. Co za konkurs już się dowiedziałem. Ale co jest nagrodą? A to Pan nie wie - usłyszałem... Hmm... wie pani siakoś tak nie bardzo. Nagrodą jest przejażdżka na prawym fotelu Mistrza Polski w klasyfikacji Super 1600 Michała Kościuszko na Torze Rallycrossowym w Słomczynie. Czy jest Pan zainteresowany nagrodą, usłyszałem... CZY JESTEM??? NO BA!!! KIEDY I GDZIE MAM SIĘ ZJAWIĆ??? No i w ten sposób zostałem zaproszony na Tor Słomczyn. Ale wypasss...
Dni do pojeżdżawki koszmarnie się dłużyły. Nie mogłem usiedzieć wręcz na miejscu. 2 grudnia wstałem o brzasku i ruszyłem na spotkanie przygody.
Cała drogę do stolicy polskiego rallycrossu zastanawiałem się co mnie spotka tam na miejscu. W ogóle jak wygląda sam tor, bo choć zdjęć i filmów z rozgrywanych na nim zawodów widziałem już tysiące, to jeszcze na nim nie byłem. Przed południem dojechałem do Słomczyna
Pogoda, choć dość mroźna, dopisywała i praktycznie cały dzień słońce świeciło pełną gębą. Na miejscu pierwsze zaskoczenie. Tor w otoczeniu giełdy towarowej;) Polska w pełnej krasie… Tego dnia nie ma na szczęście giełdy, więc i tłumów brak. Obraz trochę nawet księżycowy bym powiedział. Wiatr rozwiewa na lewo i prawo śmieci i różne chaszcze. Ale cóż, nie po to tu przyjechałem by podziwiać widoki;) Idę do centrum dowodzenia eventem. Jestem jednym z pierwszych, więc mam sporo czasu na rozejrzenie się po torze i okolicy.
Kościuszko już od rana upala na torze. Cała impreza zorganizowana jest na tydzień przed Barbórką Warszawską i jest niejako okazją do przetestowania ustawień i rozjeżdżenia się przed tą największą imprezą rajdową w Polsce.

Byłem przekonany, że co-drive będzie się odbywał w Swifcie S1600 jakim Michał śmigał po odcinkach rajdów WRC w tym roku, ale okazało się, że zamiast tego w parku maszyn stał czarny Lancer evo6, ponoć bez zwężki na turbinie.
Na początku się trochę tym faktem zmartwiłem, bo spodziewałem się przejażdżki prawdziwym A-grupowym sprzętem z najwyższej światowej półki. A w zamian tego była "zwykła" N-ka. Ale nie ma tego złego co by na dobre nie wyszło. Specyfika toru preferowała jednak auto 4-napędowe, ośka na pewno dostarczyłaby więcej wrażeń podczas oesu rozgrywanego gdzieś w mazurskich lasach, lub krętych drogach Kotliny Kłodzkiej.
Jako, że za ciepło na dworze nie było, plan imprezy zakładał również "nasiadówkę" w pomieszczeniach toru, gdzie "rajdowy profesor pilotażu" i ówczesny pilot Juniora - Jarek Baran, opowiadał o tzw. prawej stronie rajdów, i technikach sportowego (i nie tylko) prowadzenia samochodu. Chętnie też odpowiadał na wszelkie pytania uczestników imprezy i barwnie opowiadał o minionym sezonie startów w WRC. Stoły zaś uginały się od przepysznego jadła z restauracji "Naczelnika". Tylko jakoś tak nikt za dużo nie jadł, zanim nie ruszył na tor. Ja, nie wiedząc co mnie czeka, na wszelki wypadek też...;)

Pogawędki pogawędkami, ale wszyscy czekaliśmy na jedno - by zasiąść w końcu na prawym fotelu Miśka i ruszyć na tor. Żeby tego dokonać trzeba było jeszcze popodpisywać różne cyrografy, pobrać balaklawę i ustawić się w kolejce. Jedno z marzeń miało się niebawem spełnić:) Gdy nadejszła w końcu moja pora, włożyłem balaklawę (nieporadnie i krzywo mi to wyszło jak cholera;) i kask a mechanik pomógł mi się zapiąć w pasy.

jeszcze pamiątkowe zdjęcie i ruszamy.

W interkomie słyszę głos Michała, który po krótkim powitaniu na pokładzie, wbija wsteczny i rusza. O mało przy tym nie dławi silnika, co spotyka się z moim śmiechem ;P Wjeżdżamy na tor i się zaczyna. Prosta startowa i pełen ogień. Potem prawy łuk i już lecimy slajdem.
Wrażenia - nieziemskie!!! Junior jedzie "pod publikę" zamaszystymi bokami, wykorzystując cały potencjał samochodu. Ciągłe przyspieszenia i nagłe hamowania. W zakrętach czuć sporawe przeciążenia.

Przez dupiato założoną balaklawę tego może nie widać, ale morda mi się śmieje od ucha do ucha;)


Niestety wszystko co dobre szybko się kończy i 3 okrążenia toru jakie mi przysługują pokonujemy w mgnieniu oka. Szkoda, że tylko tyle. Można by się tak wozić i cały dzień. To chyba nie może się znudzić...;) Z auta wychodzę z nieustającym uśmiechem na twarzy. Teraz inni mają swoje kilka minut przyjemności. Ja tymczasem łapię za aparat i korzystając z okazji, że nikt mnie nie wygania z wnętrza toru strzelam kolejne fotki

pamiątki po walkach stoczonych tu nieraz na zawodach

pełna radość

jeszcze parę pamiątkowych zdjęć

a na oficjalnym zakończeniu imprezy otrzymuję (poza wypasionym zestawem przyborów do golenia;) dyplom za "dokładne golenie toru rallycrosowego";)
I tak zakończyła się moja przygoda z Gillette. Przygoda po której zostało mnóstwo wspaniałych wspomnień i nadzieja, że może kiedyś mi się jeszcze takie coś przydarzy...:)

(Wykorzystane zostały zdjęcia otrzymane od organizatora imprezy - te na których jestem )