niedziela, 5 września 2010

Złomball - Belgia 2010

W zasadzie tytuł tego posta-na-bloga miał brzmieć: "Europa w 10 dni" ale już po wszystkim postanowiłem na drobną zmianę. Dlaczego? Myślę, że po przeczytaniu całości wszystko się wyjaśni;) Od razu uprzedzam, że będzie tego sporo i mam nadzieję, że nikogo tym nie zanudzę;)

Korzystając z uprzejmości mojego dotychczasowego pracodawcy, mogłem sobie w tym roku pozwolić na małe szaleństwo wakacyjne. W zasadzie nie takie małe... Raz się w końcu żyje!!! ;) A jako, że nie wyszła mi niestety wyprawa peerelowskim 30-latkiem do Istambułu, postanowiłem więc pojechać w przeciwnym kierunku i odwiedzić kuzyna w Mons w Belgii.
Już kilka tygodni przed planowanym wyjazdem zacząłem przygotowania. Przeszukiwania internetu dały rewelacyjne rezultaty i na liście miejsc do zobaczenia znalazło się kilkadziesiąt ciekawych pozycji (w znakomitej większości związanych z motoryzacją), zarówno w samej Belgii jak i po drodze w Niemczech. Zwłaszcza jedno miejsce mocno przykuło moją uwagę, jako że było bardzo blisko trasy do Mons. Po drodze zamierzałem odwiedzić słynne Grüne Hölle - czyli tor wyścigowy Nürburgring. Zwiedzić i co ważniejsze przejechać chociaż jedno okrążenie słynnej północnej pętli. Po upewnieniu się, że tor będzie dostępny w dzień mojej podróży przystąpiłem do kompletowania niezbędnego na wyprawę wyposażenia i przygotowania auta, by wytrzymało jej trudy. Po skompletowaniu całego ekwipunku (Adam - dzięki za namiot, Szatan - dzięki za adaptor do gazu, Mamo - dzięki za wszelkie jadło) postanowiłem jeszcze wymienić, tak na wszelki wypadek, szumiący ostatnio trochę alternator (dziękuję Wujku). Lepiej nie mieć problemów z prądem po drodze. Sic... Na wszelki wypadek zanabyłem też drogą kupna 15 dniowe assistance - tak z przekory - pewnie i tak się nie przyda... Przed samym wyjazdem pojawił się jeszcze mały zonk - nawigacja, którą miałem pożyczyć okazała się nie mieć map interesujących mnie krajów. Trochę mnie to zbiło z tropu ale cóż, tak bywa. Od czego w końcu są mapy i atlas samochodowy - jak zwykle liczę na 15%nawigacji, 45% improwizacji, 40% fuksa;)

W poniedziałek 16 sierpnia około 3 rano, po nie bardzo przespanej nocy ruszyłem w końcu w drogę, z zamiarem dotarcia przed 15 pod zamek w miejscowości Nürburg. Auto zapakowane po dach, muzyka gra, przede mną jakieś 1300km, w tym jakieś 21 po torze. Brzmi nieźle. Pierwsza godzina mija jeszcze trochę na "śpiocha". Monotonia "A4-ki" i nieprzespana noc dają się we znaki. Niedługo później w Radiu Zet rozpoczyna się audycja Bogusława Wołoszańskiego pt "Jak zabić Kadafiego?" Kurcze ale mnie to wciągnęło... I obudziło. Na prawdę polecam:) Około 6 dojeżdżam do Jędrzychowic by zatankować gaz. I tu zaczyna się "jazda". Spod maski zaczyna dochodzić koszmarny hałas. Na autostradzie go jeszcze nie słyszałem - grające radio i szum opływającego auto powietrza skutecznie to zagłuszyły. Rzut oka (i ucha) pod maskę i już wiem co padło. Nowiutki alternator... &*%!@#$%@&#* Sporo się nasłuchali ci co niedaleko ode mnie wtedy stali... Szybka ocena sytuacji - jechać dalej czy zawrócić? Szlag by to. Ujechałem ledwie 300 km a do celu tyle drogi. Objadę czy nie objadę? Dlaczego auto musiało się zepsuć akurat teraz? Przez 5 lat nigdy nie miałem żadnych problemów. Niech to. W końcu uznałem, że niech się dzieje co się ma dziać - jakby co to mam assistance i może się jednak jakoś uda. Jadę dalej. Mijam granicę a po chwili wita mnie piękna niemiecka tęcza;)Ale humor mam dalej wisielczy. Około 11 mijam "point of no return" - jestem już ponad 400 km wgłąb terytorium Niemiec i jakby co to korzystając z assistance nie dojadę już do Polski. Kończy się gaz. A tu stacji LPG jak ni ma tak ni ma... Jedna na którą zajeżdżam ma jeszcze awarię dystrybutora. A w dodatku okazuje się, że poniżej 3000 - 3500 obr/min alternator w ogóle nie ładuje. Zaczynam się poważnie obawiać o to gdzie zajadę. W końcu zajeżdżam na Totala z czynnym gazem i chyba z 5 minut główkuję jak podłączyć ten cholerny dystrybutor. Oby auto po tym w ogóle odpaliło i pojechało dalej. Udaje się ruszyć ale w obawie przed brakiem prądu wyłączam wszystkie jego odbiorniki i od tej pory towarzyszy mi już tylko wycie tego przeklętego alternatora. Hałas coraz bardziej wkurza a do tego zaczyna drętwieć d.pa:/ Fotel kubełkowy TO NIE JEST NAJLEPSZY POMYSŁ na taką długą podróż!!! A ja do tego jeszcze założyłem 4-punkty z myślą o wizycie na torze... ech. Od opierania się o drzwi boli już też łokieć. Ale znajduję na to prowizoryczne rozwiązanie - drobną ulgę daje podłożenie pod niego irchowej gąbki do wycierania szyby;) Jadę tak jakieś 100 - 110 km/h bo przy takiej prędkości hałas jest jeszcze najmniej uciążliwy. Ale i tak jadę z duszą na ramieniu (jej pewnie też już d.pa cierpnie od tego siedzenia;) Niestety muszę podjąć kolejną trudną decyzję - o odpuszczeniu wizyty na torze. Autem w takim stanie to jest bez sensu, a w dodatku obawiam się, że na torze standardowe assistance nie działa i w razie kompletnego rozkraczenia cienkola mógłbym się narazić na spore koszty. Rzut oka na mapę i obieram najkrótszą drogę w kierunku Aachen i dalej do Belgii. Około 15.30 mijam granicę niemiecko-belgijską. Prawie od samej granicy wita mnie "typowo belgijska" pogoda - deszcz i ulewa. A przede mną jakieś 200 km bez wycieraczek, świateł i nawiewu. Staram się bowiem jak najbardziej oszczędzać prąd, nie wiedząc na ile go jeszcze starczy... Jakąś godzinę przed dojazdem do celu podróży pozwalam sobie jeszcze na jedyne "szaleństwo" tej podróży. Odbijam kilka kilometrów na południe od autostrady w kierunku miejscowości Huy;)
Kilka pierwszych fotek za mną, chwila wytchnienia i dalej do celu.
Po 15 godzinach dojeżdżam w końcu do tablicy z napisem MONS. Praktycznie bez jakiegokolwiek postoju po drodze (nie licząc przerw na tankowanie), zmęczony i wkurzony. Na miejscu chyba wychodzi ze mnie zmęczenie i znużenie - kompletnie się gubię w "gąszczu" uliczek miasta. Krążę tak i krążę chyba z pół godziny w poszukiwaniu ulicy na której mieszka Michał i już mnie siły opuszczają. Zdesperowany postanawiam się przy kimś zatrzymać i spytać o drogę. Mając w pamięci uwagi kuzyna o niechęci lokalesów do konwersacji w języku angielskim, mam nadzieję spotkać kogoś władającego jednak tym językiem. Na jednej z uliczek podjeżdżam w końcu do gościa na parkingu i pytam czy mówi po angielsku. W odpowiedzi słyszę że "yes of course, ale po polsku też możemy rozmawiać". Wow ale czad - w środku Belgii trafiłem na Polaka:) I to takiego który, choć trochę okrężną drogą, ale jednak skierował mnie we właściwym kierunku. W końcu dojechałem więc na miejsce i już nawet nie zważając na cholerną ulewę jaka się rozpoczęła zawitałem w mieszkaniu Michała. Wspominając mu o spotkanym przed chwilą Polaku stwierdził, że miałem nie lada szczęście, bo on sam od ponad pół roku pobytu jeszcze nie miał takiej przyjemności;) Uff... dojechałem. Oby jutro było już tylko lepiej.

Na wtorek plan jest prosty. Ja się trochę poszwendam po Mons i ochłonę po podróży, a Michał w miarę możliwości postara się w pracy znaleźć jakiś namiar na warsztat, który podejmie się naprawy mojego truchła. Idę więc na miasto. Po drodze okazuje się, że miejsce gdzie pytałem się dzień wcześniej o drogę jest o przysłowiowy rzut beretem od domu Michała. Byłem tak blisko - a tak daleko... Jak na początek wakacji pogoda parszywa. Cały czas leje. Idę na rynek i zaczynam zwiedzanie od Hotel de Ville, czyli od Ratusza i jego okolic.Niedaleko Ratusza znajduje się Collegiale Ste-Waudru - mega duży garaż dla znajdującego się wewnątrz powozu procesyjnego - Car d'Or ;)Dalej dzwonnica Beffroi, z której co chwila słychać piękne solówki na dzwonach...i klimatyczne, wąskie, brukowe uliczkiWieczorem dowiaduję się, że są dwie opcje na naprawę auta. Za 100EUR lub 300EUR. Ta za 100 się wydaje trochę nierealna, ale postanawiamy się umówić na termin i zobaczyć co się uda załatwić. Do czwartku muszę zatem sobie znaleźć jakieś zajęcie, nie wymagające użycia auta. Postanawiam więc spędzić cały kolejny dzień w Brukseli.

Chwilę po 8 rano siedzę już w pociągu jadącym do stolicy Belgii. Pierwsze swoje kroki kieruję w stronę rynku (Grand-Place), mając nadzieję, że jeszcze tam zobaczę słynny dywan z kwiatów. Niestety jestem raptem o kilka dni za późno:/ Szkoda. Trzeba chyba będzie się ponownie wybrać do Brukseli za dwa lata. Po drodze na rynek mijam niesamowicie wyglądające Galeries Royales Saint-Hubert - ekskluzywny pasaż handlowy. I mnóstwo różnych knajpek i pubów, w których piwne menu składa się niejednokrotnie z kilkuset różnych rodzajów piwa!!!
Docieram na rynek. Słońce niezbyt ochoczo jeszcze wygląda spomiędzy chmur ale i tak efekt jest oszałamiający. Niesamowicie wyglądają te wszystkie mega-bogato zdobione kamieniczki i budynki, ratusz, czy Maison du Roi, w którym mieści się muzeum dziejów miasta (niestety nie można było w nim robić zdjęć:/)Kilka minut od rynku znajduje się też słynna statuetka sikającego chłopca - Menneken Pis, która to z okazji różnych ważnych dla kraju i świata wydarzeń przebierana jest w różne stroje. Jest ich ponad 750 i są przechowywane (i eksponowane) w Maison du Roi.Na wystawach wielu sklepów, całymi litrami leje się zaś czekolada;)Kolejnym punktem mojej wędrówki (i tu był mój błąd bo trzeba był jechać metrem...) miało być Atomium - model cząsteczki żelaza zbudowany na Wystawę Światową w 1958 roku. Na mapie wydawało się o wiele bliżej. Ale cóż - po drodze zobaczyłem przynajmniej jeszcze kilka innych ciekawych rzeczy.By w końcu mój trud został wynagrodzony takim spektakularnym widokiemOgromna budowla! I super wygląda w promieniach słońca.
Po odstaniu swego w przydługawej kolejce do windy, udało się w końcu wjechać na szczyt, skąd rozpościerał się wspaniały widok na Brukselęi na Mini Europę - park ponad 300 miniatur zabytków z całej EuropyPark Miniatur, może nie jest najważniejszą atrakcją Brukseli, ale myślę, że jest warty zobaczenia. Świetnie wykonane modele największych atrakcji Europy, pozwalają w telegraficznym skrócie odbyć podróż po całym kontynencie. Niby park miniatur, ale łażenia od groma i po godzinie nogi mi już do d... włażą. Czas się zbierać i zwiedzać dalej. Ze względu na ilość, zdjęcia z Mini Europy do obejrzenia są w osobnej galerii. Z powrotem do centrum już się wybieram metrem, które też samo w sobie jest ciekawe. Ponoć każda stacja to osobna galeria sztuki.Jako, że robiło się już pomału dość późno i niebawem miały być zamykane wszelkie muzea, czym prędzej zasuwam w kierunku Parc du Cinquantenaire gdzie mam w planie zaliczyć Muzeum Militarne (Musée Royal de l'Armée) oraz Autoworld - kolekcję około 450 samochodów z całego świata. Jest trochę krucho z czasem i muszę jednak z jednego z nich zrezygnować:( Militaria zostają niestety na następną wizytę w Brukseli... Działając zgodnie ze swoją naturą, wybieram Autoworld:)I nie żałuję... Ja pierniczę!!! Ile tam aut!!! I to takich o których tylko zdarzało mi się czytać w gazetach. Niesamowita kolekcja. Dużo by opowiadać. Poświęcę jej niebawem oddzielnego posta.
Przed 18-tą muszę już opuścić teren muzeum. Choć pomimo ogólnego zmęczenia nie bardzo tego chcę... Kieruję się pomału w kierunku dworca kolejowego. Po drodze mijając Parlament EuropejskiOtoczoną samymi praktycznie nowoczesnymi budynkami Cathedrale des Sts-Michel-et-Goduleulicznych grajków, czy pomnik słynnego Don Quichotte'a i jego wiernego giermkaZmęczony, z kilkuset zdjęciami na karcie pamięci wracam wieczorem do Mons. Szkoda, że nie udało się zobaczyć wszystkiego, ale w jeden dzień to po prostu niemożliwe... Za duże miasto i za dużo ciekawych miejsc.

Kolejny dzień - kolejne atrakcje. Tym razem jedziemy naprawiać auto. Jakieś 20 km za Mons okazało się, że jest serwis specjalizujący się pojazdach ze słonecznej Italii. Jako, że z kuzynem nie bardzo władamy ojczystym językiem Louis de Funès'a, jedzie z nami w roli tłumacza Noémie (w tym miejscu jeszcze raz wielkie dzięki!!!) Całe szczęście, bo w serwisie nikt nie mówi ani trochę po angielsku. Po krótkiej rozmowie i ustaleniu warunków, chłopaki zabierają się do roboty. Ja tymczasem rozglądam się po obejściu i wynajduję mnóstwo fajnych części, jakie mają na sprzedaż. Tylko jak do cholery spytać o cenę?:/ Mija jakieś pół godziny i mechanik wręcza mi już kluczyki do auta. O w mordę - ale się szybko uwinęli! Odpalam auto. Wow ale cicho. Nic nie wyje. Prądu pod dostatkiem. Od razu humor mi się poprawił! Jutrzejszy wyjazd na Rajd Deutschland już nie rysuje mi się w tak ciemnych barwach.

Rajd Deutschland 2010 - niby tylko dwa dni ale działo się, oj działo... Dlatego o nim też powstanie oddzielna opowieść. Jedyne o czym tu teraz wspomnę to to, że dopadła mnie na nim kolejna awaria samochodu. Tym razem o zgoła innym charakterze. Auto tym razem chętnie przyspieszało, cicho i oszczędnie jeździło, ale... nie hamowało. Jak się po powrocie do Polski okazało, urwał się jeden z przewodów hamulcowych (nie wiedzieć jakim cudem???) i resztę drogi odbyłem mając tylko hamulec ręczny i technikę hamowania silnikiem. Po kilkuset kilometrach się nawet do tego przyzwyczaiłem i nauczyłem z tym jeździć. Dobrze, że tam na zachodzie jest tyle autostrad i nawet bez hamulców da się cały kraj zjeździć bez większych problemów;)

Po ochłonięciu z rajdowych wrażeń (i jazdy bez hamulców przez ostatnie 500 km) plan na poniedziałek zakładał ponowną wizytę w warsztacie. Michał zaczął się nawet nabijać, że przyjechałem sobie do Mons naprawiać auto...;) Niestety nie udało się do serwisu dodzwonić. Postanowiłem olać sprawę i jeździć swoje. Jadę do Leuze-En-Hainaut, gdzie mieści się muzeum Mahymobiles. Informacje znalezione w internecie mówiły, iż znajduje się tam kilkaset samochodów z całego okresu ubiegłego stulecia. Dojeżdżam do celu bez problemów, przez miasteczko prowadzą już drogowskazy ale na miejscu wita mnie trochę kiepski widok - duży pusty plac i jakiś bezpłciowy magazynPo obejściu go dookoła znajduję w końcu wejście i... znowu staję jak wryty. Wewnątrz wystawione jest bowiem ponad 300 pojazdów, a kolejne 500 (tak-pięćset!!!) jest poukrywanych w przepastnych czeluściach magazynów, czekając na rozbudowę muzeum i możliwość ich wyeksponowania. Kurde taki mały kraj, też praktycznie bez historii motoryzacyjnej a co rusz takie kolekcje. Ech... kiedy coś takiego powstanie w Polsce (nie licząc kolekcji Mikiciuków)? Dużo by mówić, dlatego o wizycie w Mahymobiles również niebawem napiszę osobnego posta:)
Z Leuze-En-Hainaut jadę dalej w kierunku Turnai, gdzie są do zobaczenia, wpisana na Listę Światowego Dziedzictwa Kulturalnego i Przyrodniczego UNESCO, katedra Notre Dame, oraz stojąca obok niej piękna dzwonnica. Co ciekawe katedra ma aż 5 wież i każda z nich jest inna. Niestety jest poniedziałek i nie można wejść na dzwonnicę i rozkoszować się rewelacyjną ponoć panoramą miasta.Około 17 dojeżdżam z powrotem do Mons i idziemy z kuzynem na basen. W mordę jeża - na 50 metrowym jeszcze nie pływałem (o ile ruchy jakie w wodzie wykonuję można w ogóle pływaniem nazwać;) i daje to w kość. Dodatkowo o mały włos a nie utopiłem się na zjeżdżalni kończącej się potężnym lejem z którego wpada się do dość głębokiego basenu. Masakra. Drugi raz już się nie odważyłem wejść do tej przeklętej rury...

Kolejny dzień to wycieczka na południe kraju, w dolinę Mozy i dalej w Ardeny. Zaczynam od Namur i znajdującej się w nim cytadeli. Pogoda sprzyja więc postanawiam wejść na szczyt i stamtąd rozglądnąć się po okolicy. I tak idę i idę i coś mnie trafia, że nie dowiedziałem się wcześniej, że na szczyt można wjechać samochodem...:/ Niestety nie mam za bardzo czasu żeby zwiedzić samą cytadelę, choć wydaje się to dość ciekawe.Piękna panorama doliny Mozy widoczna z tarasu na drodze do Cytadeli
Ciekawa wystawa fotografii różnych miejsc i budowli w Namur sprzed kilkudziesięciu lat i obecnie
Z namur kieruję się wzdłuż Mozy na południe - w kierunku Dinant. Miejsce to polecił mi Michał i muszę przyznać, że wiedział co mówi. Niesamowite miasteczko. Upchane między strome klify i nitkę rzeki. Jego główną atrakcją są Cytadela i położony u jej podnóża wczesnogotycki kościół.Udaje się zaparkować auto w bardzo widokowym miejscu i w dodatku blisko celu:)wnętrze kościołaPo zwiedzeniu kościoła skierowałem się w kierunku kasy cytadeli i 408 kamiennych schodów. A miało być tym razem łatwo i przyjemnie. Cóż czeka mnie niezła wspinaczka...... żartuję;) Na szczyt można wjechać kolejką linową, z czego oczywiście skwapliwie korzystam:) Na górze szybki spacer wokół wystawionego tam samolotu
i od razu na teren cytadeliPo terenie cytadeli prowadzone są wycieczki z przewodnikiem. Szkoda tylko, że jedynie w języku francuskim. I pewnie dlatego niemiłosiernie mi się to zwiedzanie dłużyło...
Ciekawym doświadczeniem było przejście przez komnatę, którą budowali chyba "nasi" i to po dłuuugich imieninach u majstra;) Otóż nie było tam żadnego pionu ani poziomu i wszystkie powierzchnie poprzekręcane były we wszystkie możliwe strony. Zmysł równowagi nieźle dostał wtedy w kość...
Jeszcze kilka fotek z poziomu rzekii rzeźba wynalazcy saksofonu Adolphe SaxaZ Dinant kieruję się w kierunku La Roche-en-Ardenne, miejsca zaciętych walk z czasów II Wojny Światowej. Zobaczyć tam można ruiny XI-wiecznego zamku i Muzeum Bitwy o Ardeny. Dodatkowo praktycznie w każdej mijanej po drodze wiosce czy miasteczku można znaleźć jakiś postument z zaparkowanym na nim czołgiem, pamiętającym okres wojny. Zanim jednak dojechałem do La Roche, na jednym z mijanych skrzyżowań zauważyłem drogowskaz prowadzący do Grottes de Hotton. Szybko wyszukałem to w przewodniku i postanowiłem zobaczyć co to za cudo. To była dobra decyzja! Na miejscu okazało się, że znajduję się u wejścia do jednych z najwspanialszych jaskiń skalnych kraju. Decyzja mogła być tylko jedna - "le bilet s'il vous plaît"...;) W najgłębszym miejscu schodzi się na ponad 60 metrów pod powierzchnię ziemi, a największa grota jaką można tam zobaczyć ma koło 150 metrów długości i kilkadziesiąt wysokości. Znajduje się tam też mnóstwo tworzonych przez wieki stalaktytów, stalagmitów i wreszcie stalagnatów.Podczas przechadzki po jaskiniach poznaję pewnego holendra, który tak jak ja zachwycony jest tym co mamy okazję oglądać. Z tym, że on nieco wcześniej był w Grottes de Han - położonych niedaleko jaskiniach o podobnych rozmiarach i według niego jeszcze bardziej spektakularnych. Generalnie zdecydowanie polecał odwiedzenie również tamtych jaskiń. Może następnym razem się uda? Ja wracam ponownie na szlak wiodący do La Roche. Po chwili jestem na miejscu. Jako, że jest już prawie 17-ta, spiesznym krokiem zmierzam od razu do Muzeum Bitwy o Ardeny, które mieści się przy jednej z głównych ulic miasteczka w 2-piętrowej kamienicy.
Tam czeka na mnie kilkadziesiąt gablot z bronią, mapami, strojami i zwykłymi rzeczami codziennego użytku z okresu II Wojny Światowej. Zgromadzono tam również sporo sprzętu wojskowego oraz zainscenizowano wiele scenek z wojennego życia. Kawał historii. Szkoda, że nie komentuje tego na bieżąco Wołoszański. Na pewno świetnie by było usłyszeć o tamtych wydarzeniach, oglądając to wszystko na żywo. Zdjęcia z muzeum ze względu na ilość również do oglądnięcia w osobnej galerii. Prosto z muzeum idę w kierunku ruin zamku.Niestety na miejscu okazuje się, że jestem kilka minut za późno i już nie mogę wejść na teren zamku. Szkoda, choć to tylko ruiny... No to nic tu po mnie. Pomału zbieram się do domu. Jeszcze tylko kilka fotek Kanarka z czołgami i na jakąś szybką przekąskę.I po zrobieniu ostatniego zdjęcia...
wsiadam do auta celem kontynuowania podróży do belgijskiego domu, a tu.. a tu d.pa...:/ Zero prądu. Nie da się w ogóle odpalić silnika. Ja pierdzielę co za masakra. Stoję pośrodku Belgii, w małej mieścinie gdzie już wszystko bez mała pozamykane, ni cholery nie znając słowa po francusku i nie wiem co zrobić. Sprawdzam masę akumulatora, ale to nic nie daje. Wziąłem ze sobą na trasę wszystkie podstawowe płyny na zapas, ale nie pomyślałem o zabraniu wiaderka z prądem... Próbuję zatrzymać kogoś i poprosić o pomoc, ale z tymi co się już łaskawie zatrzymują nie da się dogadać:( Zapowiadają się kłopoty. Po głowie krążą mi myśli o podpaleniu grata i powrocie do domu choćby pieszo. Dzwonię w końcu na assistance. Jak to dobrze, że je wykupiłem... Po małych problemach z namierzeniem mnie na mapie Europy, dostaję w końcu informację, że ze niedługo ma przyjechać pomoc. Uff... Jakiś promyk nadziei. Po pół godzinie faktycznie przyjeżdża mechanik. Sprawdzamy instalację i akumulator. Woltomierz wskazuje 12 Volt. Ki czort? Po chwili okazuje się, że jakimś cudem całkowicie stracił się kontakt na plusowej klemie akumulatora. Nie wiem jak się to mogło tak nagle stać? Nigdy się z czymś takim nie spotkałem. Po przeczyszczeniu połączeń prąd powraca i auto na nowo odżywa. Ja pierniczę ale fuks. Dziękuję mechanikowi i kontynuuję powrót do domu. Z tego wszystkiego nie zatrzymuję się nawet nigdzie na bardzo spóźniony lunch i jadę ostatkiem sił do Mons. To był na prawdę długi, męczący i przede wszystkim stresujący dzień. Zaczynam poważnie powątpiewać czy w ogóle uda mi się wrócić tym autem do Gliwic.

Kolejny dzień. Wstaję lekko niewyspany, ale postanawiam jechać dalej. Oczywiście o ile auto na to pozwoli. Plan na dzień to Spa i Stavelot, czyli okolice belgijskiego toru F1. Wbijam się więc na autostradę - przez cały kraj można przejechać w 2-3 godziny i to nie przekraczając nigdzie nawet dozwolonej prędkości - nie do pomyślenia w Polsce, i zmierzam w kierunku Liege. Potem na południe w kierunku Luksemburga. Co ciekawe to przez bite 2 tygodnie nie widziałem w Belgii ani jednego patrolu policji z fotoradarem, żadnych poukrywanych po krzakach suszarek itp. Dziwnie mi się tak jechało bez potrzeby wypatrywania czy za zakrętem nie czyha na mnie jakaś załoga szeryfa. CB też w ogóle nie jest potrzebne. Przyzwyczajenia wymagały jedynie sygnalizatory na skrzyżowaniach, jedynie z zielonym i czerwonym światłem, oraz często stosowane równorzędne skrzyżowania, gdzie zastosowanie miała reguła prawej ręki. Tak czy siak jeździ się w Belgi całkiem przyjemnie. Zwłaszcza bez hamulców...;) Koniec dygresji. Wracamy do wycieczki do Spa. Bynajmniej nie zamierzałem się tam gdzieś byczyć w wannach z błotem, czy przepuścić to co mi zostało po naprawie auta w kasynie. W Spa zatrzymuję się tylko na chwilę, przejść się wśród kuracjuszy i hazardzistów i pooglądać co też to miasto ma do zaoferowania.
Następnie kieruję się w stronę Francorchamps, czyli mieściny słynnej chyba głownie z tego, iż raz w roku staje się pępkiem świata Formuły1. Nie inaczej było i w dzień mojej wizyty - było to bowiem dwa dni przed wyścigowym weekendem. Niestety z tego też powodu nie było mowy o wejściu w pobliże samego toru. Dopiero od piątku był możliwy wstęp dla fanów F1. Tak, że tor było mi dane widzieć tylko z pobliskiej drogialbo jednego z położonych opodal pól namiotowych. Udało się nawet namierzyć na torze jeden bolid;)Nic tu po mnie. Jadę dalej do Stavelot, prosto do Muzeum Toru w Spa Francorchamps, którego to nie miałem na liście miejsc do zobaczenia, sporządzonej przed wyjazdem z domu. To był błąd!!! Jadę teraz bocznymi wąskimi dróżkami i doceniam uroki tutejszych wiosek. Piękne, małe, wybudowane z kamienia i zazwyczaj nie tynkowane domki z świetnie utrzymanymi ogrodami, skalniakami itp. I co jeden to inny. Niesamowita różnorodność form.Po drodze mijam jeszcze ciekawy serwis, specjalizujący się w oldtimerach, zwłaszcza tych wyścigowych i rajdowych:)
By wreszcie stanąć przed Abbaye de Stavelot - zespołem 3 muzeów pod jednym dachem, z których oczywiście interesowało mnie to znajdujące się w podziemiach...Po przejściu (czy wręcz przeleceniu) przez Museum of the Principality of Stavelot - Malmedy, gdzie oczywiście zgromadzonych było mnóstwo ciekawych eksponatówi odwiedzeniu wystawy prac Szymkowicza (swoją drogą ciekawi mnie co ten gościu łyka podczas malowania???;)
Dotarłem w końcu do celu mojej wędrówki przez muzea i oczom mym ukazał się taki oto obraz
A co się za tą ścianką działo, opowiem w osobnym poście:) Działo się bowiem wiele i znowu zabrało mi to sporo czasu. Tak, że po opuszczeniu gmachu muzeum już nie bardzo miałem czas i zapał gdziekolwiek jeszcze jechać. Poza tym pogoda znowu się popsuła i pognałem już prosto do Mons. Trzeba było oszczędzać siły na następny dzień i kolejną, chyba najbardziej wyczekaną podróż - tym razem na północ do Antwerpii a zwłaszcza Lieru.

Od rana mi humor dopisuje! Choć jak zwykle ciężko się wstawało, po nocy spędzonej na okropnie skrzypiącym materacu, to wizja tego co chcę dziś zobaczyć dodaje mnóstwa energii. Zbieram się wiec szybko i zmierzam w kierunku Brukseli. Omijam ją od wschodu i po drodze zajeżdżam jeszcze do Waterloo. Pogoda niemrawa, więc obchodzę tylko dookoła 45 metrowego kopca Butte de Lion, robię kilka pamiątkowych fotek i lecę dalej.Po kolejnej godzinie jazdy jestem już w Lierze na ulicy Industriestraat 1. Dopiąłem swego i dojechałem w końcu do "The Abarth Works Museum"...... miejsca w którym od dawna chciałem się znaleźć. Miejsca w którym znajduje się (chyba) największa na świecie kolekcja Abarthów, której właścicielem jest kompletnie ześwirowany (oczywiście w jak najbardziej pozytywnym tego słowa znaczeniu!!!) na punkcie wszystkiego z logo skorpiona Guy Moerenhout. Moje życie dzieli się od tej pory na przed i po wizycie w tym muzeum. Trudno opisać co tam widziałem. A już na pewno zajmie to mnóstwo miejsca, czyli - osobny pościk:) Po przeszło 4 godzinach spędzonych w świątyni Abartha, mimo szczerej niechęci opuszczam niestety Lier i kieruję się do Antwerpii. Trochę błądzę po samym centrum w poszukiwaniu jakiegoś sensownego parkingu, w końcu odpuszczam i parkuję w jakiejś dziwnej dzielnicy wzdłuż drogi. Plan generalnie zakłada zwiedzenie miasta w możliwie krótkim czasie. Po prostu już mi się nie chce. Zaczynam na dworcu kolejowym - mega wypaśny i olbrzymi, z ciekawym połączeniem nowoczesności z historiąNastępnie szybki spacer w kierunku Skaldy, po drodze mijając
Ponoć jeden z pierwszych, jak nie pierwszy drapacz chmur w Belgiijak z dzikiego zachodu - dyliżans
Pomnik Petro Paulo Bubensa z katedrą miejską w tle
i sama katedraDalej rynek z fontanną przedstawiającą bohatera Antwerpii Silviusa Brabo, wrzucającego dłoń olbrzyma do Skaldy
nad samą rzeką znajduję fortecę Steen i stojącego przed nią olbrzyma
na koniec ustrzeliłem jeszcze ciekawego RoverkaI tak zakończyła się moja wycieczka do Antwerpii. Po drodze zastanawiałem się tylko kiedy i w jaki spektakularny sposób auto rozleci się do reszty. Wszystko skrzypiało, i się tłukło ale jakoś jeszcze jechało. Pozostało za to mnóstwo wspomnień (zwłaszcza z Muzeum Abartha) i butelka wina...;)

Na piątek zostało mi już "tylko" obrać kierunek na północny zachód, z zamiarem zobaczenia Brugii i Gandawy. Przy okazji zahaczając o wybrzeże Morza Północnego. Średnio już ufając w możliwości mojego auta na tą podróż wziąłem auto od kuzyna. Wow ale czad w końcu usiąść w wygodnym fotelu... I w 100% sprawnym aucie!!! Jadę najpierw do Ostendy, by potem wybrzeżem dojechać do Brugii. Dojeżdżając do Ostendy moją uwagę przykuwa salon Lotusa. Chcę go zobaczyć ale ni cholery nie umiem do niego trafić:( Po jakiś 20 minutach odpuszczam bo już mi nerwy puszczają... Jadę dalej. Zatrzymuję się gdzieś po drodze i idę nad morze. Wieje jak cholera, aż mi czapkę porywa. Sztorm na morzu pewnikiem nietęgi. Nade mną lata helikopter straży przybrzeżnej.dojeżdżam do Brugii, uderzam na rynek i od razu wspinam się po 366 schodach na Belfort en Hallen. Jest to 88 metrowa wieża z wspaniałym karylionem złożonym z 47 dzwonów.
Ostatnim punktem dnia ma być Gandawa. Niby niedaleko ale po dojeździe na miejsce całkiem opadam z sił. Do tego rozpętuje się koszmarna ulewa. Nie chce mi się już nawet wychodzić z auta. Zawracam więc i jadę do Mons. Po drodze miły akcent - mijam pierwszego od 2 tygodni Malucha. Co prawda w charakterze przydrożnej reklamy ale zawsze:)

To już koniec mojej przygody z belgijską ziemią. Na weekend wybieramy się bowiem z Michałem do Paryża (o czym niebawem też coś skrobnę), a o poranku w poniedziałek jestem już w drodze do Polski. Wbrew moim (i nie tylko moim) obawom droga do kraju przebiega bez najmniejszych nawet niespodzianek. Auto zachowuje się bez najmniejszych zastrzeżeń (pomijając chroniczny brak hamulców) i droga mija bardzo sprawnie. Choć dzień wcześniej miałem wrażenie, że nie dojadę nawet do rogatek Mons... To była w sumie naprawdę niezła wyprawa. Nie wszystko co prawda poszło tak jak sobie to zaplanowałem, ale najważniejsze, że sporo w sumie zobaczyłem, zostało mnóstwo wspaniałych wspomnień i jednak jakoś wróciłem w jednym kawałku do domu. Jedno jest pewne - spodobało mi się to i trzeba będzie w miarę możliwości powtórzyć taką wyprawę w niedalekiej przyszłości. Kolejny kierunek - Włochy, Francja, Niemcy? Opcji jest sporo. Tylko tym razem zdecydowanie będę już chciał wyruszyć w taką podróż w towarzystwie jakiejś miłej pilotki:)

... A dzień później, po przejechaniu raptem kilku kilometrów, rozleciał się kompletnie trójnik w układzie chłodzenia i byłem zmuszony holować auto do serwisu...;) I jak tego, że dojechałem dzień wcześniej do domu nie nazwać szczęściem???

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz